Czy wejście policji było legalne? Sakiewicz ujawnił kulisy interwencji
Tomasz Sakiewicz, redaktor naczelny i prezes Telewizji Republika, poinformował w piątek, że w jego mieszkaniu pojawili się funkcjonariusze policji.
– Policja siłą wtargnęła do mojego domu, skuła moją asystentkę, twierdząc, że w zagrożeniu znajduje się tu jakieś dziecko – przekazał.
Policja w wydanym komunikacie poinformowała, że "została powiadomiona, że w mieszkaniu pod tym adresem znajduje się osoba, której zachowanie zagraża jej życiu".
Sakiewicz wydał oświadczenie
Szef Republiki opublikował oświadczenie, w którym przekonuje, że policja nielegalnie działała w jego domu.
Po pierwsze, twierdzi Sakiewicz, nie było powodu do interwencji. "Pojawiające się od kilkunastu godzin ostrzeżenia na temat „zagrożeń” w naszych mediach samo RCB uznało za niskiej wiarygodności i taki komunikat wśród instytucji państwowych rozsyłało razem z jednym z oryginalnych maili, co ciekawe tego maila nie pokazano samym zainteresowanym" – twierdzi.
Po drugie, była to druga interwencja tego typu pod tym samym adresem w ciągu doby, a poprzednia została uznana za fałszywy alarm. Po trzecie, funkcjonariusze nie mieli imienników ani numerów. Po czwarte, policjancie odmówili wylegitymowania się. "Powodem użycia siły wobec mojej asystentki był fakt, że zażądała od nich przedstawienia się. Nie przeszkadzała im nawet w tych nielegalnych czynnościach" – czytamy.
Po piąte, Sakiewicz twierdzi, że sam domagał się wylegitymowania policjantów, a wobec niego nie zastosowano podobnego środka. Po szóste, jego asystentkę skuto rękami do tyłu co – jak pisze dziennikarz – stosuje się tylko w przypadku kogoś "wyjątkowo niebezpiecznego". Po siódme, policja powiedziała, że uwolni kobietę, gdy ta pokaże im dowód osobisty, co miało być niemożliwe ze względu na kajdanki. "Nosiło to cechy znęcania się" – podsumowuje prezes Republiki.
Po ósme," analogicznie żądania pokazania dokumentów nie zastosowano wobec mnie chociaż nie byłem skuty. Nie poproszono mnie do towarzyszenia przy oglądzie mieszkania. Policjant bez nakazu robił to sam. Nie sporządzono żadnej notki ani nawet nie poinstruowano gdzie można uzyskać informacje o interwencji".
Po dziewiąte, skutą asystentkę, przy wielu świadkach wyprowadzono na ulicę a po zdjęciu kajdanek "porzucono mimo, że znajdowała się w szoku. Policjanci uciekli, do końca odmawiając podania swoich danych".